Zakładki:
A TU WEJŚĆ TRZEBA
GOŚĆ W DOM
JĘDZOWE KĄTY
PO DRODZE
PO SĄSIEDZKU
PORTY I PRZYSTANKI
|
czwartek, 19 listopada 2009
IDIOTBABA
Idiotbaba przyjmowała zamówienie na telefon. Wypełniła skwapliwie, pracowicie, powoli i dokładnie wszystkie strony i rubryki skryptu. Odczytała klientce zamieszczone na końcu dane niezbędne do wykonania przelewu i... zobaczyła, że w jej adresie popełniła paskudną literówkę. I co zrobiła Idiotbaba? Ano, zamiast kliknąć "DALEJ" i posłać zamówienie tam, gdzie jego miejsce, odczekała aż się zamawiająca rozłączyła i walnęła w "COFNIJ", co by literówkę unicestwić. I co się Idiotbabie ukazało? Poprzednia strona skryptu. Nagusieńka, jak ją Programista stworzył. Zero danych. Zero zamówienia. Wprawdzie udało się jakoś dotrzeć do numeru telefonu klientki (po uprzednim obdzwonieniu kilku mocno zadziwionych osób, które pierwszy raz od Idiotbaby słyszały, że cokolwiek u nas zamawiały), ale okazało się, że klientka z tych rozgarnietych i już zdążyła kasę przez internet przelać tam, gdzie przelać miała. Tyle, że podała numer zamówienia, które poszło się... pobiegac poszło znaczy się. Mail do operatora uratował Idiotbabę, która musiała się tłumaczyć przed zamawiającą z własnego idiotyzmu i ponownie prosić o podyktowanie danych. Kurde, nijak nie mogę pojąć, jak mogłam tak zgłupieć. Zaćmienie mózgowe mnie naszło, czy cuś.
środa, 18 listopada 2009
DÓŁ, POTRZEBY I ZACHCIANKI
Pierwsza wypłata dopiero w grudniu, więc nie ma wyjścia, mus jest zacząć kopać dół, który się potem tą wypłatą zasypie. No bo skończył mi się dezodorant, finiszuje tonik, włosy z jednego końca wołają o farbę, z drugiego o nożyczki, Kurdupel coraz kategoryczniej domaga się słodyczy, a światło w lodówce zaczyna narzekać na samotność. Jestem winna małemu trzy dychy, duży wisi mi siedem, więc w sumie jakieś przody mam. Za małe. Nic to, to już końcówka. A mnie naszło. Marzenie takie babskie naszło. Marzenie, co by sobie pachnidło jakieś kupić. I to nie takie biedronkowe, bo próbowałam, pryskałam się testerami wielokrotnie i zawsze żałowałam. Tyle w nich dobrego, że zanim do domu doniosłam, zmywać już nie trzeba było, bo samo wywietrzało. Ech... Może kiedyś... Może w styczniu, o ile dotrwam bez wykopywania dołu do zasypania kolejną wypłatą.
poniedziałek, 16 listopada 2009
WCIĄGŁO
Życie w realu mnie wciągło. Życie, które potrafi być świetne, jak się ma pracę, do której można chodzić z przyjemnością. Dzięki temu cała reszta też zyskała nową, lepszą wartość. No normalnie chyba zostanę pracoholiczką jakąś czy cuś. Wczoraj na ten przykład przeboleć nie mogłam, że już czas minął i pora wracać do chałupy. Gdybym popracowała pół godziny dłużej, udałoby mi się skończyć czytanie książki, a tak to dopiero przed zaśnięciem doczytałam. A Kurdupel też taki jakiś dziwny. W przeciwieństwie do wszystkich znanych mi dzieci kocha nie tylko chorować - bo to akurat normalne jest, zważywszy, że chore małolaty nie chodzą do szkoły - ale uwielbia się leczyć. Tabletki, syropy, czopki to jego ulubiona rozrywka. A wczoraj to nawet sobie bańki zażyczył, bo kaszel faktycznie ma paskudny. ![]() Proszę, jaki zadowolony.
niedziela, 08 listopada 2009
A DZIŚ MAM WOLNE
A skoro wolne, to Wam poopowiadam troszkę. Wprawdzie miałam pracować, ale zamieniłam tę niedzielę na zatygodniową i się obijam wreszcie trochę. Praca jest super. Serio. Jak żyję nie widziałam tak lekkiej i przyjemnej roboty. Jak się zapomni, że to nie umowa o pracę jest, tylko zlecenie i że kokosów to się zarobić nie da, można wpaść w zachwyt nad własnym fartem, że się do takiej roboty trafiło. Towarzystwo przednie, wesołe, życzliwe, zgrane. Dzwoniących klientów mało, a jak już, to w olbrzymiej większości są to ludzie przesympatyczni, mili, ciepli, wdzięczni za to, że staramy się im pomóc. Jak tak dalej będzie, to jeszcze gotowam patologicznie złagodnieć. Pierwsze dwa dni były kryzysowe, ale to za sprawą gigantycznego stresu nowopracowego i poprzedniej infolinii, która od lipca obsługiwała wrodzinowców, a teraz przestaje istnieć. Tamci ludzie, oddelegowani do obsługiwania Rydzykofonu z innych miejsc pracy, teraz wracają na swoje pozycje, ale zanim się spakowali, utruli nam życie masą pytań z rodzaju wrednie tendencyjnych. Podejrzewam, że robili to nie tylko dla własnej uciechy, ale z polecenia pracodawcy, który w ten sposób zafundował nam przyspieszony kurs, szkolę przetrwania i egzamin praktyczny w jednym. Pytania i problemy mieli wymyślne, a my, choć w większości dało się wyczuć, że to podpucha, musieliśmy ich traktować jak klientów. Z szacunkiem, wyrozumiałością, cierpliwością i całą wiedzą jaka udało nam się we łby własne wtłoczyć. Jeden z takich tendencyjnych telefonów: - Dzień dobry, ja dzwonię z takim problemem, że mi karta SIM grzeje telefon. - Proszę o chwilę cierpliwości (ty ściszony mikrofon i bieg do pomocnika-informatyka, który zeznaje, że to normalne zjawisko jest). Proszę pana, proszę się tym nie przejmować, bo to jest normalne i nie grozi niczym ani telefonowi, ani karcie. - Ale on mi się bardzo grzeje! - Nic nie szkodzi, to jest normalne. - Ale on się tak grzeje, że go nie mogę utrzymać! Albo taki: - Proszę pani, jak uruchomić usługę CLIP? - Proszę mi podać swoje dane, za chwilkę to pani aktywujemy. - Bo wie pani, ja muszę wiedzieć, kto do mnie dzwoni, bo ja się po to przeniosłam do waszej sieci, żeby mnie nie obrażano, a tymczasem otrzymuję od was erotyczne esemesy. - Od nas? Zapewniam panią, że to niemożliwe! - Co mi tu pani mówi, że niemożliwe, jak ja je DOSTAJĘ! I moja mama też się do was przeniosła i też dostaje! Takie same! No. Takich rozmów było dużo, ale od wczoraj odpuścili i jest luz. Znaczy normalnie. Kurde, naprawdę się cieszę z tej roboty. A taka jestem nią zaaferowana, że wczoraj zapomniałam o własnych urodzinach. Dopiero wieczorem, jak wróciłam do domu i siadłam przed komputerem sobie poodpoczywać po trudach leniwienia się za pieniądze, odkryłam życzenia mailowe, naszoklasowe, forumowe i blogowe. Fajny świat ten Matrix :-)
środa, 04 listopada 2009
ŁOMATKO
W zasadzie tytuł by wystarczył, bo nie mam więcej niczego do powiedzenia. Po pierwszym dniu słuchawkowym mam totalną pustkę we łbie. I tylko to "łomatko" mi zostało.
wtorek, 03 listopada 2009
START
Jutro startujemy. Z pracą znaczy się. Nareszcie. Siadamy na słuchawkach. W sensie że one siadają na nas. Znaczy sami je sobie na łeb bierzemy. Nie wiem, czy będzie im wygodnie. Ja mam głowę niewymiarową, nieczapkową, niesłuchawkową, kochającą swobodę. Ale trudno, miłość miłością, a mus musem. W mordę, ale mam tremę. Znaczy pietra. Znaczy stresa przedpracowego. Nic to, świadomość, że w grudniu nareszcie dostanę wypłatę jest ponadstresowa.
czwartek, 29 października 2009
wtorek, 27 października 2009
KRESOWO, KRESOWIEJ, NAJKRESOWIEJ
Kupiłam sobie "Kuchnię Kresów Wschodnich". Do gazety dodawali. A że nasza rodzina jak długa i szeroka, ma w genach apetyt z tamtych rejonów, a portfel też jadło kresowe bardzo lubi, więc nie mogłam się oprzeć. Wczoraj padło na babkę ziemniaczaną, inną niż ta, która znamy, jadamy i kochamy od dawna. W książce podano, że kiedyś była to potrawa wiejskiej biedoty, więc - choć my miastowi jak cholera - w sam raz dla nas. Zaczęłam od składników: - 2 kilo ziemniaków (dam trzy, będzie do podgrzania na kolację) - pół kilo wędzonego boczku (pół kilo? rozpusta! wystarczy 30 deko i nie boczku tylko podgardla wędzonego), - 5 jajek (starczą cztery), - pół główki kapusty (co się będę bawiła w ułamki, kupię małą i dam w całości), - ząbek czosnku (ząbek? chyba pomyłka, dam główkę), - dwie czerwone cebule (nie z rasizmu, ale z rozsądku dam białą, bo mam i nie dwie, ale cztery, żeby zrównoważyć braki wędzonkowe), - pęczek szczypiorku (znaczy łyżka mrożonego), - pęczek koperku (odpuszczę sobie), - sól, pieprz (dodam jeszcze tajemniczą przyprawę do potraw z ziemniaków, co to ją kiedyś Pasożyt kupił z bliżej nieokreślonego powodu). Potem przyrządziłam jak się należy i było pysznie. O.
sobota, 24 października 2009
KUCHENNIE
Moi panowie chyba złapali jakiegoś męskiego wirusa. Wszyscy trzej. Objawy choroby są zadziwiające, ale z mojego punktu widzenia wielce pożądane. A właściwie jeden objaw: skuchennienie. O leczu i naleśnikach pasożytowych już wspominałam, a kilka dni temu porwał się na ruskie pierogi, czym mnie potwornie wystraszył, pobudzając moją wyobraźnię do generowania koszmarnych wizji kuchennych ze mną w roli sprzątaczki, pomocy kuchennej i szefa kuchni w roli głównej. Rzeczywistość zaskoczyła mnie tak, że bałam się uszczypnąć, żeby sen nie minął. Potomek mój własny samodzielnie wyprodukował nadzienie, ciasto a potem ulepił dobrze ponad setkę kształtnych pierogów. Pychotka. Szkoda, że to na wynos było, ale w razie potrzeby, wiem, kogo gonić do roboty. Mąż - też własny i też, jak dotąd, mój - wyspecjalizował się w produkcji domowego smalcu z przyprawami i pysznych kotletów z jajek. Wielce pożyteczna specjalizacja. A Kurdupel, najmojszy i najwłaśniejszy, zaprzyjaźnił się z maszynką do mielenia i obsługuje ją przy każdej nadarzającej się okazji. O, i kanapki zaczął sobie sam robić. Wprawdzie ino od czasu do czasu, ale wystarczy, żeby mieć miłą świadomość, że zawsze mogę powiedzieć: "Zrób sobie sam." Bardzo przyjemny wirus, prawda? Mam nadzieję, że uszkadza organizm trwale i objawy nie miną jak mijają w przypadku grypy, uodporniając przy tym organizm na ponowny atak choroby.
wtorek, 20 października 2009
ZNOWU
Trzy lata temu wiecznie brakowało mi pieniędzy. Postanowiłam jakoś zapanować nad wypływaniem kasy i ustaliłam dzienny limit wydatków na pięćdziesiąt złotych. Wiele miesięcy się z nim zmagałam, ale mi nie wychodziło dłużej niż kilka dni. Potem wyskakiwała jakaś recepta, jakieś buty, składka w szkole dzieciowa, jedzonko dla samochodu czy inny kataklizm i budżet się sypał. Dwa lata temu brakowało kasy jak cholera, więc ustaliłam, że trzech dych dziennie nie przekroczę. Udawało się kilka dni w miesiącu, potem było jak wyżej. Dwa miesiące temu musiałam się pogodzić z faktem, że dniówka nie może przekraczać dwudziestaka. I co? Ano... | ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||